Eden Project czyli Szkoła Idealna

DSC_0779

– Mamo?! Kiedy pojedziemy w końcu do tego jajka???

– Amelia! To nie są jajka tylko biomy.

– Aha…Mamo? To kiedy pojedziemy zobaczyć te jajka???

DSC_0789

DSC_0781

DSC_0790

DSC_0882

No właściwie to od samego początku wiadomo było, że będąc w Kornwalii Eden Project odwiedzić wypada…To czy warto, czy nie to już zależy od indywidualnych preferencji oraz naszego wyobrażenia odnośnie idealnego ogrodu botanicznego-palmiarni, bo Eden to nic innego jak wielka szklarnia…Szklarnia powstała na terenie dawnego miejsca wydobycia gliny, które po wyeksploatowaniu, aż prosiło się o rekultywację…Jeśli miałabym określić cały projekt jednym słowem to „rozmach” byłby chyba najbardziej na miejscu…Powiem tak! Pomimo szokującej ceny za bilety wstępu (25F dorosły; 23F dzieci – no ale jak się powiedziało A to z B wyłgać się już jest ciężko) uważamy, że warto poświęcić kilka godzin aby przenieść się do zupełnie innego świata…Świata zdominowanego przez rośliny pochodzące z każdego zakątka Ziemi (ponad 1000 gatunków roślin przetransportowanych z tropikalnego lasu deszczowego i co najmniej kilkaset z basenu Morza Śródziemnego)…

DSC_0823

DSC_0844Po raz pierwszy miałam okazję przyjrzeć się z bliska takim rośliną jak: baobab, ryż, kurkuma, aron titan – kwiat pochodzący z Sumatry wydzielający specyficzny zapach gnijącego mięsa i kwitnący tylko 72 godziny (nie mając o tym zielonego pojęcia możemy uważać się za niezwykłych szczęściarzy) czy imbir …

DSC_0815
Aron Titan w całej okazałości

DSC_0869

DSC_0833

DSC_0811

DSC_0837

DSC_0838

DSC_0867

DSC_0845

Biomy o niecodziennym kształcie robią naprawdę ogromne wrażenie (bańkowa konstrukcja  wpasowała się najlepiej w bardzo trudny, podziurawiony jak szwajcarski ser teren)… Podzielone na dwie oddzielne strefy klimatyczno-roślinne: tropikalną i śródziemnomorską, wiernie odzwierciedlają warunki panujące w tych strefach (I tutaj moja uwaga! A mianowicie mili Państwo! W tropikach jest gorąco i parno! – no niby oczywista oczywistość i idąc do biomu oznaczonego etykietą „Subtropical” powinniśmy wiedzieć czego się spodziewać… Najwidoczniej, co po niektóre osoby spodziewały się doświadczyć tropiku „umiarkowanego” czyli takiego oscylującego w granicach 20 stopni, bo co rusz dało się słyszeć poirytowane głosy, że jak to tak! Taki drogi bilet a tutaj nie ma nawet czym oddychać?! no skandal)…Od siebie dodam, że szybko można się do tego przyzwyczaić i już po 20 minutach tak byliśmy pochłonięci wyszukiwaniem co bardziej interesujących roślin, że zapomnieliśmy zupełnie o temperaturze panującej wewnątrz biomu… Wszystko bardzo ładnie zaaranżowane, liczne ścieżki pozwalające zobaczyć z bliska co ciekawsze okazy, poprzecinane licznymi potokami i mniejszymi lub większymi wodospadami, małe ptaki lub naziemne kurki biegające tu i ówdzie, a wszystko okraszone licznymi planszami edukacyjnymi, ciekawostkami z pogranicza nauki i techniki…

DSC_0840

DSC_0786

Dla dociekliwych dzieci (i dorosłych) istny dydaktyczny raj, w którym dowiemy się nie tylko jak powstaje lateks, ale zmielimy również własnoręcznie ziarna pszenicy, zobaczymy jak wyglądają domy w malezyjskiej wiosce, spróbujemy koktajlu z baobabu (a raczej, z dodatkiem proszku z baobabu, którego spory zapas przywiozłam ze sobą do domu) czy dla odprężenia weźmiemy udział w swoistego rodzaju „Kole Fortuny” gdzie ichniejsza Magda Masny, z wdziękiem, zachęca dzieci do udziału w zbiorowym odgadywaniu wyrazu ściśle powiązanego z ekosystemem (no nie będzie wielką przesadą jeśli powiem, że moja latorośl tak wkręciła się w odgadywanie zagadek, że poproszona o wskazanie kolejnej litery z premedytacją wybierała X czy Q tylko po to aby zabawa trwała jak najdłużej – zupełnie odmienny tok myślenia od jej rówieśników i mojego….a ja, o naiwna! zdruzgotana jej porażkami podpowiadałam kolejne litery alfabetu zupełnie nieświadoma jej podstępnego planu…

DSC_0852

DSC_0807

DSC_0911

DSC_0880

DSC_0883

Część Śródziemnomorska okazała się zdecydowanie mniejsza, bo też i różnorodność gatunkowa roślin znacznie uboższa, choć nie mniej godna uwagi …Dla wielbicieli wina (ja!ja!) niecodzienna sposobność porównania różnych szczepów winorośli, które to w głównej mierze decydują o walorach smakowych trunku (wielka szkoda, że niestety bez możliwości degustacji).

DSC_0913

DSC_0915

DSC_0896

Wnętrze ostatniego z biomów tzw The Core – Jądro to interaktywna kopalnia informacji o naszym ekosystemie, ewolucji, zmianach klimatycznych i zasobach  roślinnych…Wyobraźnia odgrywa tutaj niebagatelna rolę…Milion guzików do wciskana i pokręteł do kręcenia, a wszystko po to aby pomóc przede wszystkim naszym milusińskim zgłębić wiedzę na temat funkcjonowania otaczającego nas środowiska.. ech…gdyby tylko tak wyglądały lekcje przyrody w szkole to może doczekalibyśmy się nie jednego a kilkuset następców Davida Attenborough…

DSC_1037

DSC_1046

DSC_1065

DSC_1038

 

DSC_1010
The WEEE – stwór ważący 3,3 tony i zbudowanych ze wszelkiej maści sprzetu RTV i AGD który człowiek zużywa i wyrzuca w ciągu swojego życia

DSC_1072

Z pamiętnika dobrych rad:

– „Kto rano wstaje…” – ten nie musi martwić się o wolne miejsce na parkingu (zasada ta z reguły dotyczy wszystkich głównych atrakcji na całym świecie) – a dość powiedzieć że Eden Project posiada ich bodajże 7 lub 8 o wdzięcznych, owocowych nazwach i o ile cytryna czy banan leżą w spacerowej odległości ok 200 metrów to już do kolejnych naprawdę opłaca się złapać autobus który bezpłatnie kursuje pomiędzy głównym budynkiem a poszczególnymi owocowymi parkingami

Po więcej informacji zapraszam na oficjalną stronę www.edenproject.com

 

 

 

Reklamy

True Colors……

O Kornwalii można powiedzieć wszystko ale na pewno nie to, że jest mdła…Trawa nigdy nie była bardziej zielona, morze bardziej niebieskie a skały mniej szare niż tam…Sama nie wiem dlaczego ale przypomniała mi sie stara piosenka Świetlików&Bogusława Lindy „Filandia”…Nigdy nie będzie takiego lata…

DSC_0716

DSC_0082

DSC_0631

DSC_0664

DSC_0665

ulu2

DSC_0099

DSC_0299

DSC_0473

ulu4

ulu1

DSC_0273

ulu5

DSC_0454

DSC_0334

DSC_0578

DSC_0532

DSC_0539

DSC_0591

DSC_0993

Legenda o Wielkoludzie – czyli opowieści z St Michael’s Mount

10008131570002600– Mamo! Chodźmy posłuchać o czym opowiada ta Pani? – poprosiła Amelia na widok dziewczyny, która w zamkowym ogrodzie, z przejęciem, gestykulowała coś licznej dziecięcej widowni

– No dobrze, ale tylko chwilkę – odpowiadam kapitulując pod naporem jej sarnio-maślanego spojrzenia i usadowiwszy się na dywanie rozłożonym na trawię zaczynam przysłuchiwać się opowieści…Oto ona (tylko nieznacznie zmodyfikowana przez autora tegoż bloga w celu podkręcenia dramaturgii)…

” Panie i panowie, dziewczęta i chłopcy! Witajcie w krainie, po której kiedyś spacerowały kolosy. Jak mówi legenda dawno, dawno temu żył sobie na górze olbrzym o imieniu Kormoran, który łagodnie mówiąc do najmilszych nie należał…Powiedzmy sobie szczerze – był wrzodem na tyłku (moja latorośl bardzo jest wyczulona na słowo na d… i kategorycznie zakazuje mi używania tego jakże przecież „soczystego” wulgaryzmu, który bijąc się w pierś, czasami mi się wymsknie ;)) dla mieszkańców wioski, ponieważ jego nieposkromiony apetyt domagał się ofiar. Pół biedy gdyby kradł tylko owce i krowy…Najgorsze jest to, że upodobał sobie również dzieci, co prawda dla usprawiedliwienia tylko te niegrzeczne ale sami widzicie jak marne to usprawiedliwienie… Wracając do opowieści… Ciągnęłoby się to może i latami gdyby nie młody chłopak o bardzo wyszukanym imieniu Jack ( nie to co jakiś tam Szewczyk Dratewko…)… No więc Jack zdenerwował się nie na żarty, a że był bardzo odważnym chłopcem, pożyczył od ojca łódkę i w ciepłą letnią noc wyruszył na spotkanie z Kormoranem. Noc była spokojna i zupełnie bezwietrzna, tak cicha, że Jack słyszał głośne chrapanie olbrzyma dochodzące ze szczytu. Wiedząc, że Kormoran śpi twardym snem, Jack, w którego głowie zakiełkował chytry plan przechytrzenia olbrzyma, rozpoczął kopanie ogromnej dziury na ścieżce prowadzącej na szczyt…Kopał i kopał a jak już dokopał się do wody to zaprzestał… Kiedy pierwsze promienie słońca rozświetliły Ziemię, Jack zagrał na swoim rogu najgłośniej jak umiał. Przebudzony i bardzo głodny Kormoran zbiegł ze wzgórza w poszukiwaniu źródła dźwięku. Oślepiony przez poranne promienie olbrzym nie zauważył głębokiej dziury wykopanej przez Jacka. Potknął się, wpadł do jamy i złamał kark na miejscu (już bardziej obrazowo się nie da chociaż w późniejszej weryfikacji legendy spotkałam się również z wersją, że Jack rozrąbał mu dodatkowo głowę kilofem)… Jack, aby upewnić się, że Kormoran już nigdy więcej nie będzie nękał mieszkańców wioski, wyrwał maleńkie, kamienne serce olbrzyma i wyrzucił najdalej jak umiał. Studnia, w której spoczywa legendarny olbrzym istnieje po dziś dzień i przy odrobinie szczęścia lub jak kto woli pecha może uda nam się dostrzec jego łypiące oko… Zawiedzionych nieudaną próbą dostrzeżenia Kormorana zapraszam w górę ścieżki na zamkowe wzgórze gdzie bez problemu odnajdziemy jego kamienne serce, które ciągle bije jak twierdzą niektórzy goście wizytujący zamek. Co się stało z Jackiem, zapytacie??? A więc Jack wrócił do swojego domu gdzie oberwało mu się trochę za pobrudzone spodnie ale postanowił nie pisnąć nawet słowa o swoich przygodach, dopóki nie odkrył swoich nadprzyrodzonych zdolności do posyłania olbrzymów do diabła. Wszyscy słyszeliśmy bajkę o Jasiu i magicznej fasoli ale tę historię opowiem innym razem…”

Pora ruszać na zamek…

DSC_0390

DSC_0434

DSC_0414

DSC_0480

DSC_0471

Teatr Minack przedstawia…-„Sen Nocy Letniej”…

_66486906_rowena_in_barrow300

Czy obiło wam się o uszy nazwisko Cade??? Ja, przyznam się szczerze nigdy wcześniej o tej Pani nie słyszałam a szkoda bo historia życia Roweny Cade to pasja w czystej postaci…Ta drobna kobieta jest fascynującym odzwierciedleniem tego, że „chcieć to móc” i że „wyobraźnia jest początkiem tworzenia. Wyobrażasz sobie to, czego pragniesz, chcesz tego, co sobie wyobraziłeś, i w końcu tworzysz to, czego chcesz” George Bernard Shaw…Bez względu na czasy w których żyjesz, ilość pieniędzy, które posiadasz oraz wiedzę i umiejętności, które przecież zawsze można posiąść…Najważniejsze to mieć marzenia, plan jak je zrealizować i ludzi, którzy podzielają twój entuzjazm i służą pomocną dłonią…

minac 3Rowena Cade  (1893-1983) własnoręcznie, wykuła teatr w klifie znajdującym się na tyłach jej przydomowego ogrodu, który z sukcesem funkcjonuje po dzisiejszy dzień i jest jednym z najpiękniejszych obiektów tego typu na świecie. Po zakończeniu I Wojny Światowej, Rowena za cenę 100 funtów zakupiła w Minack Point w Kornwalii kawałek ziemi, na którym zbudowała dom dla siebie i swojej matki. W 1929 roku, na łące nieopodal domu, lokalne kółko teatralne zaprezentowało szekspirowski „Sen Nocy Letniej”. Sztukę ze względu na zaskakująco duże zainteresowanie postanowiono wznowić rok później. Gdy rozeszła się wieść o podjęciu próby wystawienia „Burzy” Williama Szekspira, Rowena, która teatr kochała nade wszystko, nie wahając się nawet sekundy, zaproponowała klify na tyłach swojego ogrodu na miejsce odegrania przedstawienia. Samodzielnie przygotowała prowizoryczne siedzenia, wyszukała lampy samochodowe, które posłużyły za oświetlenie a garderobę urządziła w jednym z pomieszczeń jej domu. Przedstawienie w 1932 roku odniosło ogromny sukces a Rowena od tego czasu wszystkie zimowe miesiące poświęcała tworzeniu i udoskonalaniu teatru, którego projekt zakiełkował w jej głowie. Z pomocą dwóch zaprzyjaźnionych rzemieślników wykuwała granitowe bloki w skałach tworząc półki skalne, na których późniejsza widownia miała zasiadać. Krążą legendy na temat uporu z jakim taszczyła pod górę drewniane belki znalezione na plaży (notabene podobno skradzione przez nią z wraku hiszpańskiego frachtowca który rozbił się o skały, a którego resztki zostały wyrzucone przez morze na sąsiadującą z klifami plażę) i determinacji z jaką uczyła się posługiwania dłutem aby w przyszłości móc przyozdobić skały celtyckimi wzorami i inskrypcjami. Rowena, kiedy zmarła, tuż przed jej dziewięćdziesiątymi urodzinami, pozostawiła po sobie szkice dachu osłaniającego teatr…Być może któregoś dnia ktoś dokończy jej dzieło…

DSC_0385

minac6

Teatr współcześnie, tak jak i przed osiemdziesięciu laty, cieszy się ogromną popularnością a o bilety musimy starać się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. W ciągu jednego sezonu (pamiętajmy, że trwa on tylko 4 letnie miesiące) teatr wystawia przedstawienia dla ok. 100 tyś widzów, kolejne 80 tyś jest chętne zapłacić bilet wstępu (4 F dorośli; 0,50 F dzieci) aby mieć możliwość podziwiania samego teatru i widoków jakie się z niego roztaczają…Zanim wybierzecie się na zwiedzanie koniecznie sprawdźcie czy w dany dzień nie odbywa się tam przedstawienie, ponieważ zazwyczaj w ten dzień teatr jest niedostępny dla zwiedzających (nam pomimo dwóch przedstawień tego dnia udało się wślizgnąć pomiędzy jednym a drugim tylko dzięki uporowi, cierpliwości, cichej nadziei, że może jednak się uda i głośnej pani bileterce, która ostatecznie dała się namówić na wpuszczenie cichaczem międzynarodowej grupy 8 zdesperowanych turystów)…Powiem wam jedno, opłacało się czekać te 5 godzin…

minac4

minac5

DSC_0364
Do Teatru Minack wiodą dwie drogi: pierwsza, bardzo stroma i wąska ale za to z zapierającymi dech widokami, rozpoczyna się na widocznej na zdjęciu plaży w Porthcurno, druga rozpoczyna się na szczycie, w samej wiosce, pozbawiona widoków ale za to o wiele bardziej dostępna zwłaszcza dla mających ograniczone możliwości poruszania się patrz np. osoby starsze czy też rodzice z małymi dziećmi

” Rzeczą ważniejszą od wiedzy jest wyobraźnia” Albert Einstein

Zainteresowanych odsyłam na oficjalna stronę teatru: www.minack.com

Dydh Da (Dzień Dobry po kornijsku)…

DSC_0173
Port w St Ives podczas odpływu

Od czego by tu zacząć???…Może od tego, że aby zobaczyć wszystkie warte zobaczenia miejsca w Kornwalii brakłoby nam nie tylko urlopu ale i całego życia…Może od tego, że nie spodziewaliśmy się w najśmielszych snach takiego nagromadzenia piękna na stosunkowo niewielkim skrawku Ziemi (powierzchnia Kornwalii to niecałe 3500 km² – dla porównania powierzchnia najmniejszego z województw w Polsce – opolskiego to ponad 9000 km²)…Może od tego, że ludzie tutaj jacyś bardziej życzliwi, pomocni i z dużym poczuciem humoru (obwiniam Słońce za ten stan rzeczy lub po prostu, skromnie, mój urok osobisty)… Nie raz zaoferowano nam, O nie! może źle to ujęłam, dano po prostu ciasto, że tak się wyrażę za „free” dla naszej pociechy, pomimo naszych ostrych protestów, że przecież tak się nie godzi, że zapłaciliśmy tylko za dwa kawałki po czym i tak dodatkowa porcja lądowała na talerzu poprzedzona machnięciem ręką i szerokim uśmiechem sprzedawcy (żeby nie było, zazwyczaj nie zamawialiśmy dla latorośli bo nadzwyczajnie w świecie jest dzieckiem, które za ciastami nie przepada i kręci nosem praktycznie nad każdym)…Może, że gdyby ktoś zasłonił nam oczy tak jak podczas zabawy w ciuciubabkę, zakręcił kilka razy po czym teleportując na plażę w Kynance Cove poprosił o to aby rozszyfrować gdzie w tej chwili się znajdujemy, pierwsze co przyszłoby nam do głowy to Tajlandia lub co najmniej Grecja i tylko temperatura wody zdradza, że mamy do czynienia z duuuużo chłodniejszym klimatem…Może od tego, że mewy to perfidne do granic możliwości ptaszyska, które do perfekcji opanowały złodziejskie techniki zdobywania pokarmu na plaży, wyszarpując po prostu z ręki, bez ceregieli, to co w ręce akurat mamy ( to nie żartobliwa dygresja a poważne ostrzeżenie! zapinajcie torby na plaży bo może się zdarzyć, że po powrocie z kąpieli morskiej czeka was niespodzianka w postaci mewy siedzącej w waszej torbie i zajadającej kanapkę)…Może od tego, że nabawiłam się tam autobusofobii jakkolwiek idiotycznie to brzmi…Co to takiego??? A mianowicie lęk przed pojawieniem się autobusu jadącego z naprzeciwka na drodze szerokości półtora metra…Uwaga!!! Dotycząca zwłaszcza przesadnie martwiących się o własny środek lokomocji (samochód mam na myśli…) Drogi są WĄSKIE, baaaardzo wąskie…Momentami tak wąskie, że jeśli akurat natraficie na autobus możecie pożegnać się z dotarciem do celu na czas, zwłaszcza jeśli za wami ustawiło się kolejnych 30 samochodów i niestety ten ostatni musi wycofać do najbliższej zatoczki a po nim jeszcze pozostałe 29, no i ostatecznie Wy…Dochodzimy do dramatycznego finału, w którym z drżeniem serca obserwujemy czy autobus, aby na pewno, mijając was szczęśliwie nie przerysuje wam karoserii…A teraz konkluzja i dobra rada! Omijajcie jeśli tylko się da lokalne i polne drogi ( zaznaczone białym kolorem na mapach) a jeśli już nawigacja skieruje was na nie lub po prostu nie ma innej możliwości to módlcie się żeby nie spotkał was autobus…No i ostatnie może…Może dajmy czasem szansę tym podróżą w nieznane za rogiem lub miedzą-jak kto woli, bo potrafią solidnie zaskoczyć i okazać się równie ekscytujące jak te na inny kontynent…

„Nie odkładaj marzeń, odkładaj na marzenia”…autor niestety nie znany ale mówi z sensem…

RUSZAJMY!!!

DSC_0501